Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
20 postów 25 komentarzy

Tomasz J.Ulatowski

Tomasz J. Ulatowski - inżynier i ekonomista, zwolennik "szkoły austriackiej", bezpartyjny wolnościowiec http://www.e-ulatowski.pl, członek stowarzyszenia Wolni Obywatele

Euro-ułuda

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Sprawa przyjęcia przez Polskę euro w miejsce złotego na razie ucichła. Niewykluczone jednak, że powróci jako „karta przetargowa” jeszcze za kadencji tego rządu i kto wie, czy nie zacznie on zmieniać swojego dotychczasowego stanowiska w tej kwestii...

       Sprawa przyjęcia przez Polskę euro w miejsce złotego na razie ucichła. Pamiętamy, że w ostatnich kampaniach wyborczych – prezydenckiej i parlamentarnej – zarówno Bronisław Komorowski, PO, jak i środowiska z nimi powiązane − wspólnie deklarowały wolę jak najszybszego przeprowadzenia tego procesu. Niewykluczone też, że sprawa powróci jako „karta przetargowa” jeszcze za kadencji tego rządu i kto wie, czy pod naciskiem jakichś argumentów „nie do odrzucenia” nie zacznie on zmieniać swojego dotychczasowego stanowiska. Zwłaszcza, że euro jest przecież walutą polityczną, do czego postaram się nawiązać na zakończenie.
      Rafał Antczak – członek zarządu Deloitte Business Consulting – udzielając wywiadu podczas debaty Warsaw Enterprise Institute 18. maja 2015r., argumentował, że Polska powinna jak najszybciej przyjąć euro, aby cytuję: „mogła być zabezpieczona przed atakami spekulacyjnymi” oraz że „za lat 5-7 będziemy w o wiele gorszej sytuacji ekonomicznej, co spowoduje, że możliwości wejścia do strefy euro będą dużo gorsze”.
Z kolei członek zarządu NBP, pani prof. Małgorzata Zaleska − jeszcze wcześniej, też w jednym z wywiadów − powiedziała, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi, czy przeważają korzyści czy koszty przyjęcia europejskiej wspólnej waluty, „ale powinniśmy cały czas pracować, aby być gotowi wstąpić do strefy euro”.
        Czy Państwo słyszeli podobne bzdury w eksperckim wydaniu? − Nie wiemy, czy zyskamy, czy stracimy, ale powinniśmy… „być gotowi wstąpić”. Cytowany wyżej reprezentant Deloitte uzasadnia wypowiedź zabezpieczeniem przed spekulacjami, a przecież z chwilą przyjęcia euro, rolę naszego NBP przejmie Europejski Bank Centralny we Frankfurcie nad Menem, od marca ub. roku realizujący tzw. QE – w rzeczywistości politykę okradania ludzi poprzez dodrukowywanie miesiąc w miesiąc i wpuszczanie w obieg po 6 mld jednostek pustego euro-pieniądza. Z deszczu pod rynnę!

„To tylko kwestia czasu”…

       Do tej pory niemal przy każdej okazji w większości mediów przyjęcie euro przedstawiano jako coś absolutnie koniecznego dla dopełnienia naszego członkostwa w UE, wręcz jakby bez tego niemożliwe było dokończenie w naszym kraju rozpoczętych reform. Co więcej – zamiast rzetelnej analizy i debaty, całą rzecz próbowano sprowadzić do kalendarza i jedynie ustalenia w nim dogodnej daty. Każdą próbę dyskusji o zagrożeniach i korzyściach ma gasić dyżurny powód, że skoro podpisaliśmy o tym traktat z Maastricht, to klamka zapadła.
         Otóż uporczywe zamykanie tematu datą, jako żywo przypomina grymaszenie starej panny, że lepsza by była sobota majowa od czerwcowej na jej ślub i wesele, podczas gdy w rzeczywistości nikt jeszcze nie stworzył jej choćby najmniejszych pozorów oferty zamążpójścia. Sprawa nie zależy bowiem od samych chęci i naszego zobowiązania. Ratyfikując traktat Maastricht – wespół z kilkoma innymi państwami − zobowiązaliśmy się zaledwie do zapewnienia tzw. kryteriów zbieżności, czyli doprowadzenia naszej gospodarki do takich parametrów prawnych i ekonomicznych, przy których będziemy bezpieczni dla krajów już funkcjonujących w euro-strefie. Ich osiągnięcie dopiero otwiera drogę do podjęcia konkretnych negocjacji. Zasady wymagają spełnienia wszystkich kryteriów traktatu bez wyjątku (zainteresowanych nimi odsyłam do jego treści) – my póki co nie spełniamy co najmniej jednego – nasz deficyt wykracza ponad dopuszczalne 3% PKB. O ile więc UE ma zamiar respektować przyjęte przez siebie reguły, o tyle eurosceptycy mogliby przy takich rządach spać spokojnie jeszcze całe lata.

Co naprawdę może pieniądz?...

        Jeżeli mamy opierać się na faktach, a nie na obiegowych opiniach, trzeba zacząć od tego, czym naprawdę jest pieniądz, w tym także euro i czego rzeczywiście możemy od niego oczekiwać, a czego nie.
Jest przede wszystkim „środkiem wymiany” – wszystkie pozostałe jego funkcje, jak „miernik wartości”, „środek tezauryzacji” (gromadzenia oszczędności) itp. – są zaledwie pochodnymi tej pierwszej. Chodzi o to, że zarówno banknot jak i moneta, są jedynie „przepustką” do towarów i usług, które można za nie kupić. Same w sobie warte są tylko tyle, co trochę lepiej zadrukowany farbami skrawek papieru lub kawałek odciśniętego stopu blachy, z których je wykonano. Pracujemy faktycznie nie dla „posiadania pieniędzy”, ale dla dostępu do określonych dóbr, decydujących o poziomie życia naszych rodzin. Wzór nadruku na papierze gwarantującym to − nie ma większego znaczenia.

      Kiedy byłem kilkuletnim fąflem − ale takim potrafiącym już nieco czytać (była to druga połowa lat sześćdziesiątych) − czasem bawiłem się banknotami rodziców. Pamiętam, jak wielkie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem na nich napis; „bilety Narodowego Banku Polskiego są prawnym środkiem płatniczym w Polsce”. (Mamusiu, to są jakieś bilety, a miałaś mi dać pieniążki!) Podobny napis widniał także na niektórych banknotach przedwojennych. Dziś próżno go szukać. Świetnie oddawał istotę pieniądza, działającego w gruncie rzeczy tak samo, jak np. bilet do kina. Gdyby w kinie sprzedano więcej biletów na seans niż liczba foteli – zaraz byłaby granda. Nikt nie chciałby, zapłaciwszy pełną cenę, dzielić miejsca jednym półdupkiem z kimś innym. W gospodarce natomiast często dzieje się tak, że centralny bank emisyjny – za wiedzą, a wręcz za namową rządu – zwiększa w obiegu ilość „biletów służących nabywaniu towarów”, mimo że ani na jotę nie wzrosła krajowa produkcja. Nasza wypłata wtedy nominalnie może być wciąż taka sama, tyle że możliwość zakupów za nią − już nie aż taka, jak w poprzednim miesiącu. Grandy o to nikt nie zrobi jak w kinie, bo mało kto się w tym zorientuje. Rządowi za to uda się formalnie przykryć deficyt budżetowy. W systemie fiducjarnym – czarcim wynalazku, rozpowszechnionym w drugiej dekadzie XX. wieku – każdym pieniądzem można ludzi rolować tak samo. Nie ważne przy tym, jak go nazwano – euro, złoty, czy nawet dolar…

Euro nie leczy… 

       Często w rozmowach ze znajomymi słyszę; „Wiesz, skoro miałbym wybierać − czy mieć w kieszeni złotówkę, czy jakąś mocniejszą walutę – jasne że wolałbym to drugie”. Problem jednak w tym, że waluta wcale nie przenosi swojej „magicznej mocy” w każdy zakątek, do którego jest zabierana − choć to wbrew notowaniom giełdowym. Bo giełda to tylko pewna statystyka, zgodnie z nią np. ja i koń mamy po trzy nogi.
      Część naszych rodaków wyjeżdżała na wakacje w północne rejony Afryki i na Bliski Wschód. Ci, którzy ruszali tyłki z kurortów w teren pozwiedzać na własną rękę, mogli się przekonać, że np. w Maroku guzik dało się załatwić z miejscowymi za dolary, a wszystko za euro. A np. w Egipcie, Jordanii i Syrii – dokładnie odwrotnie – na euro krzywili się, jak na jakieś dziwadło, bo żeby coś z tym zrobić, musieliby jechać nieraz dziesiątki kilometrów. Gdyby dolar USA wszędzie okazywał taką samą siłę, obywatele Panamy – gdzie ten pieniądz przyjęto jako oficjalną walutę – żyliby na poziomie obywateli Stanów. A wiadomo, że żyją dużo gorzej. Podobnie na Kubie – mimo niechęci władz kubańskich do amerykańskich, dolar na co dzień przechodzi sobie z rąk do rąk równolegle do peso. I znowu – jak się żyje Kubańczykom? Tak samo jak Amerykanom?..
       Siła pieniądza – obojętnie jak się nazywa i z czego zrobiony – wynika z dwóch źródeł. Pierwsze stanowi wachlarz produktów, które da się za niego kupić (w uproszczeniu nazwijmy ten aspekt „konsumpcyjnym”). Drugie – ile spraw i jak szybko da się za niego załatwić (aspekt „inwestycyjny”). Gdyby to pieniądz − a nie ludzka przedsiębiorczość i gospodarność − budował bogactwo społeczeństwa, wystarczyłoby go drukować. Po co pracować? Im więcej w państwie jest różnych „ale..” – warunków, jakie oprócz pieniądza trzeba spełnić, by coś otrzymać (koncesji, procedur itp.) − tym pieniądz jest słabszy. Krąży wolniej, bo wszystkie „ale..” – ładnie nazwane barierami instytucjonalno-prawnymi − są dla niego konkurencją i przeszkodą. Polska należy do światowej czołówki gospodarek zbiurokratyzowanych. Euroentuzjaści w tym miejscu zaraz zaczną zapewniać, że przed wprowadzeniem euro wszystkie bariery zostaną oczywiście pousuwane, niczym ścieżki przed Zbawicielem. To stawiam od razu pytanie – czemu dotąd nie zrobiono tego dla złotówki?.. Gwarantuję, że na drugi dzień po zmianie waluty, a także za tydzień, miesiąc i kolejne lata – będziemy się budzić z tymi samymi problemami, co dotychczas – tyle że płacić będziemy papierkami innego koloru.

 
Dwa istotne powody…

       Podobno są dwa istotne powody, dla których w Polsce należy wprowadzić euro – wyeliminowanie ryzyka kursowego w handlu z krajami „euro-zony” oraz ułatwienie w podróżowaniu po Europie. Jaka jest waga tych argumentów?
       Zostawiwszy z boku fakt, ilu Polaków w ogóle stać na wyjazdy zagraniczne – wiadomo, że sama wymiana złotych na euro, to średnio tylko przejście przez ulicę do najbliższego kantoru. Natomiast ryzyko kursowe, czyli wahania kursu euro do złotego w trakcie realizacji transakcji wewnątrzwspólnotowych w ramach działalności gospodarczej, jest przedstawiane zaledwie jednostronnie tj. jako ryzyko „różnic ujemnych” (spadku kursu euro w międzyczasie), kiedy faktycznie firma może stracić. W ogóle pomija się przy tym drugą stronę medalu, że są też „różnice dodatnie” (wzrost kursu w toku operacji), na których firma może przecież dodatkowo zarobić. Generalnie jednak wahania euro nie są aż tak duże i częste. Mimo, że istnieją możliwości ubezpieczenia od tego rodzaju ryzyka, wiele przedsiębiorstw z reguły tego nie robi. W ogólnej skali problemów, z jakimi się borykają – ten akurat sanowi bowiem znikomy procent. Firmy handlujące z zagranicą, podobnie do działających wyłącznie wewnątrz kraju – zgodnie z wynikami badań przeprowadzonych choćby przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców – narzekają najbardziej na uciążliwość kosztów zatrudnienia (69%), niestabilność i zawiłość przepisów podatkowych (66%), uciążliwość biurokracji (61%).

Polityczne oblicze…

       Niemiecki ekonomista – dr Philipp Bagus − w swojej „Tragedii euro” poddał wnikliwej analizie rolę wspólnej waluty w rozbudowie i podtrzymaniu Unii Europejskiej. Nie tyle była potrzebna z powodów ekonomicznych, co jako „przyspieszacz” budowy międzynarodowego mega-państwa w Europie, ziszczającego młodzieńcze ideały francuskich i niemieckich socjalistów. Pokolenia paryskich buntowników lat 60-tych. Trudności powrócenia do starej waluty po przyjęciu euro przez kraj członkowski, miały dodatkowo zapobiegać rozpadowi tworzonej federacji. Według Bagusa odejście od marki − mimo perspektyw, jakie otwierało przed nią jednoczenie Niemiec w latach 90-tych – było największym błędem tego kraju w jego powojennej historii.
       O przewadze politycznego charakteru euro-pieniądza nad racjami gospodarczymi może świadczyć choćby fakt przyspieszenia w przyjmowaniu do strefy walutowej np. Grecji. Przymrużono wówczas oczy na wspomniane wyżej kryteria z Maastricht, za co teraz kraj ten (i przy okazji inne) płaci teraz straszliwą cenę. Bank Goldman Sachs jednym ruchem (ukrytym kredytem) zmniejszył wówczas zadłużenie Grecji do wymaganego poziomu, inkasując przy okazji 600 mln. euro dla siebie. Jego sprytnym dyrektorem był wtedy nie kto inny, jak Mario Draghi, obecny szef Europejskiego Banku Centralnego.
       Murray Rothbard – nieżyjący już klasyk „austriackiej szkoły ekonomii” i analityk wręcz proroczy – twierdził, że prawdziwy pieniądz wyłania się samoistnie z oddolnych potrzeb gospodarki, ewoluując naturalnie w procesach rynkowych. Wymyślony odgórnie i narzucony od razu administracyjnie – na dłuższą metę nie jest w stanie sam się utrzymać.
       Jest charakterystyczne, że w krajach przyjmujących euro, wkrótce potem drastycznie załamywał się wzrost gospodarczy. Wspólna waluta − zwłaszcza w systemie fiducjarnym – z pewnością nie leży w interesie suwerenności narodów, ani w interesie zwykłych ludzi.

(więcej na blogu autora: e-ulatowski.pl 

KOMENTARZE

  • @czcigodny!
    Czy nie jest tak, że opisywanie przyszłości, w której nadal istnieje "waluta" Euro i twór o nazwie "Unia Europejska" jest już mocno niepoważne?
  • @Autor
    Pieniądz jest takim samym towarem jak wszystko inne. Jego wartość zależy od liczby ludzi którzy gotowi są wymienić za niego to co sami wytworzyli. Nie jest to żadna "przepustka" do czegokolwiek, tylko towar o konkretnej wartości.
    Prawny środek płatniczy w każdym kraju charakteryzuje się dodatkowo tym, że państwowy aparat przymusu akceptuje go jako uwalniający od wszelkiego rodzaju przymusów jakie zakłada ten aparat. Tym sposobem taki aparat przymusu potrafi nadać wartość nawet zwykłemu zadrukowanemu papierowi. Jednak tę wartość ma on tylko dla ludzi podlegających przemocy tego aparatu.
    Im więcej aparatów przemocy posługuje się tą samą walutą, tym sytuacja obywateli jest lepsza. Wynika to tempa zmian wartości jakim taka waluta podlega.
    Posługuje się nią więcej ludzi, czyli wartość zmienia się wolniej.
    Kilka aparatów przymusu dogaduje się ze sobą trudniej w sprawie podjęcia decyzji niż robiłby to jeden aparat, więc wpływ na zmianę wartości waluty jednego aparatu przymusu jest mniejszy.
    Wiele aparatów przymusu uznaje tę samą walutę za uwalniającą od przymusu, czyli obywatel ma większe możliwości przejścia pod jurysdykcję innego aparatu przymusu - zwiększa się konkurencja pomiędzy tymi apapratami o obywatela.

    Dlatego właśnie euro jest w interesie tych wszystkich obywateli, którzy nie chcą czerpać korzyści z przemocy apapratu władzy a jedynie chcą się przed nim zabezpieczyć. Z tego względu nie ma żadnych obaw by obecny rząd chciał wprowadzać euro, bo oznaczało by to, że chciałby oddać część posiadanej władzy.
  • @programista 11:43:07
    Szanowny Panie, raczy Pan chyba żartować.. Pieniądz wtedy jest "towarem" kiedy faktycznie, albo sam w sobie jest możliwy także do innego wykorzystania niż tylko jako środek płatniczy - tak było u jego zarania (np. skóry, płótna itp.), tak było też ze złotym pieniądzem. Ba, tak można było powiedzieć o pieniądzu papierowym, kiedy obowiązywał klasyczny standard złota - na wyemitowanie każdej dodatkowej sztuki banknotu, bank emisyjny musiał zwiększyć rezerwę złota w swoim sejfie wg stałego parytetu. Jeśli ktoś nie mógł nabyć towaru - mógł chociaż wymienić z powrotem papier na złoto.
    W systemie tzw. pieniądza dekretowego banknot wówczas można uważać za towar, jeśli jest on w równowadze z produkcją. Jaką wartość ma nagle dodrukowany papier bez wprostproporcjonalnego wzrostu produkcji?... Jeśli jest towarem, to mogę Panu takie papierki sprzedać. Ale jeśli cena miałby być uczciwa, to po koszcie farby drukarskiej, kawałka wyrobu celulozowego i jednostkowej robocizny. Taki "towar" jest wart wałśnie tyle, co ów drugi bilet na to samo miejsce w kinie. Kto pierwszy ten lepszy (prawo Canillona zdaje się... Nieprawdaż? ) Moje uszanowanie dla Pana :))
  • Coś tak czuję...
    Niedługo "pieniądz z pejsami" będzie wart papieru (no, może + farba),

    ale będą pieniądze oparte na ZŁOCIE (jak od tysięcy lat!, czymś realnym może to być i uran, ale nie cyferki w komputerach),

    zgadnijcie, czyje?
  • @170962 23:26:30
    "Jaką wartość ma nagle dodrukowany papier bez prostproporcjonalnego wzrostu produkcji?"

    Wartość zależną od jego popytu i podaży. Posiadanie wartości nie oznacza posiadanie STAŁEJ wartości.
    Cena uczciwa nie oznacza ceny równej kosztom produkcji, ale cenę jaka się ukształtuje na rynku.

    "Jeśli ktoś nie mógł nabyć towaru - mógł chociaż wymienić z powrotem papier na złoto."

    Dla obecnego pieniądza papierowego obowiązuje zaś zasada, że można nim zawsze opłacić podatki.
  • @programista 07:29:50
    Wartość pieniądza to nie "ilość ludzi" gotowych coś tam z nim robić. Ilość ludzi chętnych nim działać - to jest akurat jedynie popyt na pieniądz i to zaledwie popyt potencjalny, a nie realny. Natomiast wartość pieniądza wyraża się ilością jednostek dóbr, które za nim stoją. Dodrukowany pieniądz "pusty" jedynie psuje ten już krążący na rynku. Pieniądz fiducjarny nie jest pieniądzem towarowym. Może być co najwyżej narzędziem manipulacji...
  • @170962 11:06:19
    "Natomiast wartość pieniądza wyraża się ilością jednostek dóbr, które za nim stoją."

    Czy szanowny Pan zastanawiał się nad sensem tego stwierdzenia?
    Gdy pieniądz papierowy jest wymienialny na złoto, to oznacza tylko tyle że emitent wyda za papier określoną ilość złota. A co określa wartość złota? Przecież za złotem nie stoją żadne dobra. Jedyne co decyduje o wartości złota to inni ludzie gotowi za to złoto wymienić swoją własność. Wydobyte złoto także "psuje" wartość złota dotychczas krążącego na rynku.
  • @programista 11:53:15
    "Wydobyte złoto także "psuje" wartość złota dotychczas krążącego na rynku."

    Pod warunkiem, że jest wydobywane z taką łatwością jak kartofle... :)) i bez kosztów.

    Wydobycie złota rosło wtedy, kiedy rósł na nie popyt, a nie ot tak sobie dla hecy - pomijając już jego rzadkość (szacuje się, że od jego odkrycia wydobyto dotąd nie więcej niż 130 tys. ton (!). Właśnie m.in. dlatego do "standardu" użyto złota, a nie czegoś tam pierwszego lepszego.. Do płacenia służył "gorszy" pieniądz, a "lepszy" (złoto) pozostawał w rezerwie na gorsze czasy.
    Jaki bank szkodziłby sam sobie zwiększając rezerwy złota dla "psucia złota"?...
    Złoto w klasycznym "standardzie zota" było i musiało być w stałym stosunku do nominału pieniądza (w sztucznym kursie). A zatem za złotem musiała stać CO NAJMNIEJ taka ilość towarów, jak za nominałem banknotu, odpowiadającemu porcji złota w ramach parytetu. Zwiększenie rezerwy złota bez "doemitowania" odpowiedniej ilości pieniądza, nie zepsułoby złota, a wręcz umocniłoby papierowy pieniądz. Przy czym nie o zloto tu chodziło (bo nim rzadko płacono), a o zablokowanie zapędów emitenta do druku pustych papierów. Papierów, które psułyby prawdziwe pieniądze (te, które dotychczas zapewniały posiadaczowi pokrycie w towarze - teraz i w przyszłości). "Fałszerski" dodruk powodował wzrost cen i (jako rzadkie i niepokojące zjawisko) natychmiastowy run klienteli na banki po złoto. Za każdy pusty pieniądz (bez pokrycia w towarze) bank musialby oddawać prawdziwe złoto, którego kurs - wówczas już ten "nieoficjalny" - szybował na dodatek w górę. I to było świetne zabezpieczenie interesu zwykłych ludzi przed bankami. Niestety wiązało też ręce politykom, dlatego przy okazji I wojny zawieszono je, a potem pod wydumanymi pretekstami zamieniono na rzekomo lepszy system fiducjarny, dzieki któremu cały czas towarzyszy nam inflacja - przedtem niemal nieznana. Inflacja, czyli okradanie ludzi z pracy przez rząd.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031